Quo vadis…

Cała ta afera związana z chipem w kablu od słuchawek nowego iPoda jest – moim skromnym zdaniem – wielowymiarowa.

Po pierwsze: sensacja. Tendencją ludzką jest plotkarstwo. Co przenosi się wprost na blogosferę. Ktoś coś napisze, ktoś podchwyci, rodzi się plotka. Plotka zmienia, wyolbrzymia. Z gąszczu informacji ciężko czasem wydobyć fakty. Poza tym fakty są przedstawiane subiektywnie.

Po drugie: opinie. Są ludzie, którzy głoszą własne (i ci zwykle w komentarzach to uwypuklają), a są tacy, którzy jedynie podejmują cudze, wpasowując się w tło. Mimo wszystko – lepiej mieć jakąś opinie, niż nie mieć jej wcale.

Po trzecie: lęki i obawy. Tzw. miniaturyzacja jest tendencją, która ludzi gdzieś podświadomie przeraża. „Ten iPod jest taaki mały”. Zachwyt i obawa.

Mnożąc powyższe podpunkty przez popularność firmy Apple, otrzymujemy mieszankę serwowaną nam ostatnimi dniami – między innymi w postaci mojego wpisu. Chip okazał się nieszkodliwy, ale echo całego tematu zdaje się pytać: „dokąd to wszystko zmierza”. Mój pradziadek był jedynym facetem we wsi, który miał radio. Brzmi niewiarygodnie?

Na naszych oczach zachodzą zmiany, których nie obserwowało żadne pokolenie przed nami. To może niepokoić i jest chyba naturalne.

Proszę nie zrozumieć mnie źle – nie jestem przeciwnikiem postępu. Tym bardziej rewolucyjnych wynalazków. Może jednak gdzieś w środku (w trakcie backupu newralgicznych partytur…) tęsknię do czasów, kiedy do napisania symfonii wystarczał ołówek i papier…