Spotify, czyli kolejna muzyczna rewolucja?

Spotify to skrzyżowanie last.fm z programem iTunes. Może jest to zbyt karkołomne porównanie, ale oddaje ideę. W odróżnieniu od LastFM – słuchamy, czego chcemy, układamy playlisty, zapisujemy je etc. W odróżnieniu od iTunes – niczego nie ściągamy. Wszystkie nagrania dostępne są on-line, za pomocą interfejsu przypominającego właśnie program iTunes (czy Songbird, jak kto woli). W praktyce – wszystkie nagrania są za darmo. Konta bezpłatne do listy nagrań dorzucają co jakiś czas krótkie reklamy w „radiowym” stylu. Konta płatne są bez reklam, ale kosztują 9 euro (z centami) miesięcznie. Zobaczcie sami:

Serwis jest dostępny dla mieszkających w kilku krajach Europy Zachodniej, niestety w nieujednoliconej wersji -  lokalni dystrybutorzy blokują jak mogą wszelkie zmiany na rynku, nie mówiąc już o rewolucjach. Wykorzystano genialny pomysł marketingowy – znany już nam m.in. z poczty Gmail. Każdy uczestnik serwisu ma do rozdania znajomym niewielką ilość zaproszeń. Popyt na nie jest ogromny (na przykład na serwisie Invite Share czeka na nie ponad 2500 osób…).

Problem nas, mieszkających w Polsce, jakby nie dotyczy, gdyż Spotify nie jest u nas dostępne (i pewnie jakiś czas nie będzie). Póki co dostępność serwisu jest mocno ograniczona (niewielka ilość zaproszeń do rozdania oraz stosowana blokada regionu po adresie IP). Aktualnie strona Spotify.com z terenu Polski nie działa.

Abstrahując już od powyższej kwestii, rewolucją jest tu jeden aspekt: dostępność wielkiej ilości nagrań w cenie drobnego abonamentu lub całkiem za darmo (z reklamami). Rozwiązanie jest proste, lecz koncerny fonograficzne jakoś się ku niemu nie garną. Apple ze swoim iTunes Store być może taką formę rozważa. Pytanie brzmi, ile my w Polsce jesteśmy w stanie zapłacić za nieograniczony dostęp do takiej biblioteki. Czy te niecałe 10 euro miesięcznie, czyli równowartość jednej płyty CD, to jest kwota do przełknięcia? Co sądzicie o takim „podatku”?