Category: sprzęt
Jako, że wytrwale zwiedzałem iSpoty, miałem okazję rzucić okiem na nowego, 27-calowego iMaka. W krótkich słowach wygląda to tak: powierzchnia ekranu jest nieprzyzwoicie wrecz duża i używanie jej do przeglądania internetu będzie marnotrastwem (ale pewnie przemiłym marnotrastwem). Jednocześnie przy tej wielkości edytowanie nut, czy praca na wielu ścieżkach może stawać się wielką przyjemnością (czego nie można powiedzieć o moich 15 calach, co jednocześnie nie uniemożliwia mi efektywnej pracy). W skrócie: nowy iMac – imponujący. Tu nie ma o czym gadać – to trzeba zobaczyć.
Komputer był sparowany z budzącą kontrowersję nową myszką o nazwie Magic Mouse. Myszka nieźle leży w ręce (i ma przyjemną „szklistą” powierzchnię), ale jest stosunkowo płaska. I o ile w sklepie wszystko sprawia dobre wrażenie, to nie wiem jak sprawa będzie wyglądać po 6 godzinach intensywnego klikania i przeciągania (i tego dziwnego scrollowania przy pomocy powierzchni dotykowej). Nie wiem.
Co nie zmienia faktu, że jest śliczna. Powiedziałbym – arcydzieło sztuki użytkowej. No właśnie – użytkowej. Mimo wszystko nie do końca mnie obchodzi jak mysz wygląda, tylko jak jest funkcjonalna. Korzystam na codzień z taniej myszy optycznej Logitecha na kablu – po to, żeby nie martwić się bateriami. W momencie, kiedy się zużyje – kupuję nową – identyczną. Prosta i skuteczna metoda.
Nie zrozumcie mnie źle: ja po prostu nie jestem fanem myszek Apple. „Stara” Mighty Mouse (teraz: Apple Mouse) podwyższa mi ciśnienie (w sensie: denerwuje) i po prostu nie postrafię się nią posługiwać.
Myszy na pewno nie kupię (nawet nie wspominam o cenie tego eksperymentu), chyba, że przyszłaby z nowym iMakiem (z którym jest w zestawie)… Wtedy – popróbuję.
(Źródło zdjęć: Apple)
W tym tygodniu miałem okazję zetknąć się z własną ignorancją. Więc historia ku przestrodze.
W studio, w którym mam przyjemność pracować stoi aluminiowy 20-calowy iMac. Stoi też monitor 20-calowy. Jak podłączyć jedno do drugiego? Nic prostrzego. Wystarczy kupić przejściówkę Mini DisplayPort na DVI. Cena w iSpocie: 155 zł. Jak pomyślałem – tak zrobiłem. Kupiłem bez wahania.
Co bardziej doświadczeni w tej materii z Was domyślają się już pewnie jaki błąd mogłem popełnić. I w rzeczy samej – popełniłem. Otóż: pierwsza seria aluminiowych iMaków posiada wyjście MiniDVI, z czego nie zdawałem sobie sprawy.
Dzięki uprzejmości panów z wrocławskiego iSpotu, udało mi się wymienić nieszczęsną przejściówkę. I zaoszczędziłem 60 zł. Ale wstydzę się do dziś.
A teraz porównajcie jedną i drugą.
Mini DisplayPort – DVI
Mini DVI – DVI
Źródło zdjęć: Apple Store US
Prawda jest taka, że te wtyczki są inne, co jest oczywiste. Ale może kogoś ten wpis uchroni przed moimi problemami. Z bliska te wtyczki wyglądają jak poniżej (źródło Wikipedia).
Mini DVI:
Problem dotyczy zdaje się starszych Macbooków Pro – tych, których gładziki posiadały wydzielony przycisk. Otóż po wakacjach nabrało się w moim gładziku dużo brudu i piasku tak, że przestał normalnie funkcjonować. Na ifixit nie znajdziecie instrukcji pokazującej jak otworzyć tą część komputera – a może to znaczyć tylko tyle, że po prostu nie da się tego zrobić bez uszkodzenia komputera (albo nikt nie wie jak).
Rozwiązanie wyszukane w sieci okazało się genialne w swej prostocie – należy pod górną krawędź gładzika wsunąć róg kartki papieru i przesunąć przez całą szerokość przycisku. W razie potrzeby powtarzać do usunięcia problemu (czyli brudu i piasku). Po tej operacji gładzik działa prawie jak nowy.
Odkrywczą poradę odnalazłem tutaj.
Ten wpis jest częścią serii design na applemusic.pl.
Najbardziej denerwującym w codziennej pracy twórczej jest przymus pracy z maszyną, która nie zawsze jest intuicyjna w obsłudze (a zwykle nie jest). Porównanie maka i PC to także w tej kwestii niebo i ziemia, co nie zmienia faktu, że tradycyjna komputerowa klawiatura nie jest i nigdy nie będzie wygodnym urządzeniem do – na przykład – wpisywania nut. Albo tworzenia muzyki na jakimś bardziej „organicznym” poziomie.
Rozwiązaniem części z powyższych problemów, a na pewno kwestii intuicyjności obsługi, jest zaprezentowany na ostatniej Warszawskiej Jesieni – Reactable. W praktyce działa to tak: okrągły ekran dotykowy, pełniący funkcję stolika
, z charakterystyczną białą kropką pośrodku. Na ekranie kładzie się kostki-obiekty będące odpowiednikami wirtualnych modułów generujących dźwięki i dźwięki te przetwarzających. Kostki zachodzą między sobą w interakcje, co jest dodatkowo zobrazowane animacjami na powierzchni stołu. Możemy także sterować parametrami brzmienia poszczególnych kostek, przez obracanie ich wokół własnej osi. Da się grać nawet solówki (!).
Ekran jarzy się niebieską poświatą i robi to naprawdę duże wrażenie na żywo. A muzyka, którą generuje Reactable? W dużej mierze zależy od „operatora” stołu. Na Youtube można znaleźć dużo różnych klipów, począwszy od samouczków pokazujących możliwości, po koncert Björk z udziałem Reactable.
Rewelacja – pomyślałem. Reactable jest jednak dostępne tylko dla klientów instytucjonalnych. Plotka głosi, że jest warte 10 tysięcy euro. Zaczynam zbierać pieniądze.
Zakładając sceniczne wykonywanie swojej muzyki, prędzej czy później zmierzyć się trzeba z problemem kontrolera. O tym, że sterowanie projektem w Max/MSP przy pomocy klawiatury nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy wie każdy, kto próbował to robić w sytuacji koncertowej (ach, to drżenie dłoni
). I tutaj z pomocą przychodzą kontrolery. Ja do tej pory korzystałem tylko i wyłącznie z suwaczków podłączanych pod MIDI i uważam, że takie rozwiązanie jest wystarczająco dobre. Ale gdybyście zapragnęli czegoś więcej…
Firma JazzMutant jest producentem dwóch dość podobnych do siebie urządzeń. Są to Lemur i Dexter, czyli innymi słowy kontrolery z 12 calowym ekranem dotykowym i z technologią multitouch. Różnica między nimi polega na tym, iż Dexter jest dedykowany dla softu: Logic Pro, Cubase, Nuendo, Sonar 7; Lemur natomiast działa z każdym oprogramowaniem obsługującym MIDI.
Opisywane kontrolery nie mają ograniczeń co do ilości palców na ekranie: producent przyznaje się do testów z osobami o 10 palcach. Poza tym urządzenie reaguje na słaby nacisk (czterokrotnie mniejszy niż w przypadku zwykłej klawiatury), co daje niesamowite możliwości (użycie chociażby piłeczki do ping-ponga?).
Kontrolery dają nam możliwość stworzenia i wgrania swoich własnych modułów, co sprawia, że urządzenia możemy programować wedle potrzeb i uznania. Wizualnie prezentują się świetnie – może to trop dla tych, którzy nie lubią „smutno” siedzieć przy laptopie podczas koncertu. Jak dla mnie – rewelacja.
Lekko (ale tylko lekko) odstraszać może cena, która wynosi 1999 euro dla Lemura i 1519 euro dla Dextera.
Zdjęcia pochodzą ze strony jazzmutant.com
Na pewno znacie tą sytuację, kiedy napęd Superdrive w Macbooku połyka płytę, potem mieli ją przez chwilę, a na końcu wypluwa. Ja niestety znam, aż za dobrze, więc postanowiłem coś z tym zrobić. Tak zwane „płyty czyszczące” nie są rozwiązaniem, bo nawet jeżeli po ich użyciu działanie napędu się poprawi (co się zdarza, ale rzadko), to szybko problem się nasili. I co wtedy?
Od pewnego czasu odczuwałem pewne niedogodności w pracy mojego napędu Superdrive, wymienionego w ramach gwarancji we wrześniu ubiegłego roku. Zaczęło się od tego, że nie chciał czytać niektórych płyt DVD, które wypalił chwilę wcześniej. Potem przestały mu się podobać płyty niektórych producentów. Ironio losu, płyt Phillipsa zakupiłem większą ilość, ale jako, że zaczęły być wypluwane, musiałem kupić inne (najlepiej spisywały się płyty „no name” z pobliskiego kiosku). Wiem, że kolejnym krokiem w tej historii byłoby nie czytanie płyt CD i żadnych innych. Ale na to już nie czekałem, postanowiłem zadziałać
.
Oto sprawca całego zamieszania (w środku zdjęcia):
Odpowiedź na pytanie „czemu nie działa” było dość proste: zabrudziła się soczewka laserowa w napędzie. O ile czyszczenie jej w na przykład starej wieży jest banalnie proste, to tutaj… czyszczenie jest powiedzmy… możliwe. Przy odrobinie determinacji.
Podaję przykłady dla Macbooka Pro 3.1, ale bez problemu możecie zrobić to w innych modelach. Potrzeba nam:
2 śrubokręty: Phillips #00 oraz T6 Torx (czyli krzyżak i gwiazdka, sprzedają je w takich fajnych zestawach np. w sklepach budowlanych)
wacik do uszu, albo inny (poproście jakąś kobietę, może być sąsiadka)
odrobina spirytusu (nie zażywajcie wewnętrznie przed tą operacją)
trochę czasu i trochę spokoju (uwaga na dzieci, bo śrubki lubią się gubić)
Zatem – do dzieła.
1. rozkręcamy laptopa i wyciągamy napęd Superdrive przy pomocy instrukcji z iFixit.com
2. rozkręcamy Superdrive przy pomocy instrukcji do awaryjnego wyciągania płyty zakleszconej w napędzie. Warto popatrzeć czy nie ma kurzu, włosów, innych dodatków i delikatnie je usunąć z wnętrza.
3. bierzemy wacik nasączony spirytusem (ja użyłem nalewki ziołowej Amol) i delikatnie przecieramy soczewkę. Moja soczewka nie była pokryta pajęczyną, ale widać na niej było drobinki kurzu. Proszę wziąć pod uwagę, że porysowanie jej sprawi, że sprzęt nie będzie się nadawał do niczego, więc ostrożnie…
4. skręcamy wszystko z powrotem (nie powinny zostać żadne elementy)
5. włączamy komputer, wrzucamy płytę i… działa:
Alternatywną instrukcję (z fajnymi zdjęciami!) dla tej operacji znaleźć można na stronie monline.
Autor nie ponosi odpowiedzialności za ewentualne szkody jakie wyrządzicie sobie i Waszym komputerom, korzystając z tej instrukcji…
Niedawno pisałem o moich problemach z kartą graficzną i ciemny monitorem. Problem się niestety powtórzył; z pewną ulgą oddałem komputer do serwisu. Panowie z Cortlandu uwinęli się szybko (dziękuję!) i po 6 dniach mogę znów cieszyć się makiem… z nową płytą główną. Czyli jakby zaczynam od początku (i ten swąd, jak z nowego komputera).
Oczywiście nie udało mi się uniknąć uwag znajomych, którzy ze zjadliwymi uśmieszami pytali: „to ile wydałeś na ten komputer?” (dla nich też pozdrowienia
).
Ale te ostatnie 6 dni pokazało mi, że siła przyzwyczajenia jest silna. Tak silna, że moim następnym komputerem będzie jak mi się wydaje – mak. I układ klawiszy z lewym altem to małe piwo. Jestem uzależniony od software’u, OS X jest niesamowity i nie zamienię go na nic innego. Chociażby dlatego, że całą muzykę, projekty etc. mam w makowych formatach.
Jestem uzależniony od dobrego softu i naprawdę dobrze się z tym czuję. Póki hardware działa.
A tak swoją drogą nie da się rozsądnie wytłumaczyć, dlaczego jest sens kupować droższe komputery zamiast tańszych, skoro „teoretycznie to ten sam sprzęt”. Uświadomić można to sobie przesiadając się na tydzień z maka na peceta. Ja mam to doświadczenie za sobą i już dziękuję. Wiecie, że ostatnio plagą są wirusy na pendrivach? To ciekawe, bo usuwam je wszystkim znajomym. Pecety tego nie robią? Robią, tylko się trzeba napocić. Etc., etc.
Jeżeli ktoś nigdy nie siedział przy maku, to musi usiąść, inaczej się go nie przekona. Użytkownicy innych systemów nie są w stanie nawet uświadomić sobie o ile ich życie może być prostsze.
A póki co radośnie wracam do pracy. Na maku.
Przedwczoraj przydarzyła mi się historia, której nikomu nie życzę. Po dwugodzinnej drzemce mój komputer został przeze mnie obudzony. I tak się też stało, z drobnym szczegółem – na ekranie nie pokazało się nic.
Po kilku restartach sytuacja nie uległa zmianie. Komputer działał, lecz karta graficzna nie – podłączanie zewnętrznego monitora także nie dawało rezultatów.
Po przewertowaniu sieci (przy pomocy innego komputera rzecz jasna) przypomniałem sobie dokładnie wszystkie historie, które czytałem już wcześniej na ten temat. Chodzi o problem z kartami graficzymi GeForce 8600M GT, montowanymi w MacBookach Pro, wyprodukowanymi między majem 2007, a wrześniem 2008 (mój się niestety zalicza do tej grupy).
Apple „przeprowadziło dochodzenie” i w związku z tym, że ciężko twierdzić, że mój przypadek jest odosobniony (setki postów w wielu wątkach na forach applowych, na przykład tutaj) – prowadzi program wymiany (całych płyt głównych), dla tych komputerów, u których stwierdzi omawiany problem. Ów program prowadzony jest do 2 lat od momentu zakupu w naszym pięknym kraju i krajach sąsiednich (lecz na przykład w wersji angielskojęzycznej mowa jest o trzech latach, co jest co najmniej zadziwiające).
I tu zaczynają się schody. Mój incydent trwał kilkanaście godzin – łączyłem się w tym czasie z moim komputerem w trybie target disk mode (wciśnięta litera T, przy uruchamianiu komputera) przez kabel fire-wire. Wszystkie moje dane pozostały nienaruszone. I przy którymś kolejnym restarcie (już prawie w drodze do serwisu) komputer zaczął działać ponownie – co mówiąc szczerze – zmartwiło mnie.
Nie sposób wykazać w serwisie problemu, który objawia się w sposób tymczasowy (bo wg. znanego prawa: „W obecności wykwalifikowanego personelu sprzęt ZAWSZE działa poprawnie.”) Osobiście mam dwa życzenia: albo, żeby problem się nie powtórzył już nigdy (w co raczej nie wierzę), albo, żeby wystąpił definiywnie w ciągu następnych kilku miesięcy (no bo 2 lata od zakupu).
A w innym wypadku – do Londynu jest niedaleko…
PS: Kosz wymiany płyty głównej w MBP wynosi w przybliżeniu 1000 euro.
Pewnie część z Was o tym wie, ale dla mnie nowością jest procedura, którą odnalazłem na stronie Apple Support. W artykule, który ma także polską wersję, opisana jest procedura kalibrowania baterii w przenośnym sprzęcie firmy Apple. Sprowadza się to do poniższej sekwencji czynności:
1. Ładujemy baterię do pełna.
2. Pracujemy (lub nie) co najmniej 2 godziny na w pełni naładowanej baterii, przy podłączonym zasilaczu.
3. Odłączamy zasilacz i pracujemy dalej, aż do całkowitego rozładowania baterii (ignorujemy komunikat o potrzebie podłączenia zasilacza, komputer zasypia).
4. Zostawiamy rozładowany komputer na co najmniej pięć godzin.
5. Ładujemy baterię do pełna.
Powyższy proces podobno usprawnia działanie baterii i okresowo zalecany jest do wykonywania. Moja bateria w MBP ma 217 cykli i jest sprawna w 79%. To podobno nie najgorzej, jak na półtora roku używania sprzętu…
Poniżej zamieszczam obserwację z operacji, którą przeprowadziłem.













